Wstając rano Emma czuła przytłaczający ból głowy. Wzięła telefon i sprawdziła godzinę, była dziesiąta rano, a już dostała cztery smsy od Patricka. Wyłączyła pospiesznie telefon nie sprawdziwszy wiadomości. Westchnęła. Wywlokła się z łóżka i zeszła do przestronnej kuchni. Kafelki nieco zmroziły jej stopy, ale postanowiła nie zwracać na to uwagi. Usiadła na krześle przy stole i dopiero wtedy zauważyła kartkę od ojca z jego nieczytelnym pismem. Wzieła ją do ręki i przeczytała:
- O jedenastej przyjdzie Dorote. Ja i Mage pojechaliśmy do lekarza.
Zgniotła kartkę i westchnęła jeszcze raz.
***
-Jak się trzymasz?- Zapytał Rick, kładąc rękę na brzuchu Mage.
-Całkiem dobrze tylko miałam rano mdłości. - Odpowiedziała wplatając swoje palce w jego.
Westchnął i położył zpowrotem rękę na kierownice.
- Nie wiem co z nią zrobić, Mage, nie mam pojęcia od śmierci Vicki minęły 2 lata, a ona zachowuje się, jak jakaś zbuntowana nastolatka.- Powiedział zmartwiony.
- Ja też nie mogłam się pogodzić z śmiercią mojej siostry. I wtedy ciotka wysłała mnie do szkoły z internatem
- Nie chce jej tam wysyłać, bo wiem, że to pogorszy sprawę.- Westchnął.- A zresztą...-zaczął- nadal obwinia się za śmierć Kristin przy porodzie. Ja.... już nie wiem co mam robić.
-Mówię ci...- zaczęła i spojrzała na drogę. Przed nimi stał nieoznakowany drąg o wysokości pół metra.- Uważaj!- krzyknęła, ale było już za późno. Samochód z dużą siłą uderzył o metal i przewrócił się kilka razy, aż w końcu zatrzymał się do góry nogami. Mage była zdezorientowana i przerażona. Wszędzie była krew. Spojrzała na siedzenie obok, ale nikog tam nie było.
-Rick!- krzyknęła przerażona.
Zbiła okno i widziała, jak odłamki wbijają się jej w rękę. Wyczołgała się i zobaczyła narzeczonego leżącego kilka metrów dalej. Chciała tam podbiec, ale dopiero wtedy poczuła przenikliwy ból w lewej nodze. Nie chciała na nią patrzeć, bo wiedziała, że zwróci na miejscu. Ruszyła powoli w stronę Ricka. Każdy krok był dla niej męczarnią. Bolała ją głowa. Upadła na kolana przy bezwładnym ciele. Potrząsnęła nim lekko. Obróciła go twarzą do nieba i wtedy zobaczył, że jego powieki powoli się otwierają.
-Rick!- Wykrzyknęła, a tłumione łzy wypłynęły. Nie płakała od dawna. Od pogrzebu swojej siostry. Obiecała sobie, że już nigdy więcej...
-Mage...-wyszeptał.
-Jestem tu, Rick. jestem przy tobie.- powiedziała zdesperowana odgarniając mu włosy z czoła.
Położył dłoń na jej brzuchu i wyszeptał:
-Opiekuj się nim i powiedz Emmie, że ją kocham nie ważne....-przerwał powoli zamykając powieki. To był jego koniec, zdesperowana Magie przyciągnęła go do siebie opiekuńczo szepcząc mu do ucha:
-Nie zostawiaj mnie nie znowu. Nie pozwalam ci, słyszysz?
Nikt jej nie odpowiedział.
Na drodze pojawił się kolejny samochód, a widząc stłuczkę zatrzymał się. Z zielonego forda wyszedł mężczyzna w średnim wieku i krzyknął:
-Boże, co się stało?!
-dzwoń po pogotowie!- Krzyknęła przeraźliwie, głaszcząc Ricka po głowie.
***
Biegła szybko korytarzem szpitalnym popychając ludzi po drodze. Którzy krzyczeli za nią, pod nosem narzekając na "dzisiejszą młodzież". Emma otrzymała telefon ze szpitala i nie czekając na Dorote zamówiła taksówkę. Weszła na izbę i wzrokiem wyszukała Mage. Poczuła ukłucie w brzuchu. Wiedziała co się stało, ale nie mogła tego zrozumieć, jeszcze nie.
-Gdzie on jest?!- zapytała, a głos załamał się połowie zdania.
-Reanimowali go, ale...-przerwała zalewając się łzami.- on odszedł.- wyszeptała ostatnie słowa.
Poczuła ukłucie w piersi, to samo, kiedy była tu dwa lata temu i słyszała te same słowa.
Wciągnęła chciwie powietrze przez usta, ale było go za mało. Za mało by uśmierzyć ból. W powietrzu czuć było środki dezynfekujące, leki i chorych. Nienawidziła szpitali odkąd widziała, jak na jednym z łóżek szpitalnych umarła Vicki. Słyszała ten długi pisk maszyny obok, która mówiła, że nie ma akcji serca. A jakby w dali uchwyciła tłumaczenie lekarzy, że nie mogli nic zrobić, zapalenie płuc przebiegało zbyt ostro i doszło do sepsy... Uciekła wtedy do toalety szpitalnej, zamknęła się tam i zaczęła płakać. Sama wtedy nie wiedziała kiedy zasnęła, bo ostatnie co pamięta, to oślepiające ją jarzeniówki i wywarzane drzwi. A kiedy obudziła się następnego dnia, leżała już w łóżka. Nigdy nie wracała do tamtego wydarzenia, a teraz kusiło ją żeby postąpić podobnie. Lecz zapytała się tylko Mage w której sali leży i ruszyła tam biegiem znowu robiąc zamieszanie na korytarzu. Kiedy weszła do sali zobaczyła ojca całego w bandażach, ale bez drogiego sprzętu i rurek. Usiadła na krześle obok. Dotknęła jego ręki. Była lodowaty. Ojciec cały był bledszy. Poczuła jak pierwsza łza spłynęła jej po policzku.
-Przepraszam...-wyłkała, krztusząc się własnym smutkiem. Po chwili po policzkach słynął jej potok łez których nie mogła już dłużej trzymać.